Nasze Serwery
  Nazwa Serwera Adres IP Monitor Mapa Gracze Status  
FFA [NS/S]145.239.236.245:27015de_nuke26/32OnlinePOŁĄCZ
TS3cs-lamers.com10/124OnlinePOŁĄCZ
Na naszych serwerach napierdala obecnie 26 graczy, maksymalnie może grać ich 32. Daje to zapełnienie rzędu 81.25% :-)

Znalezione wyniki: 2

Wróć tam gdzie byłeś

"Artystyczna" Dusza Lorda - Brak tytułu :v

autor: De LoRD.
18 lip 2016, o 01:25
 
Witam bardzo serdecznie ciekawskich, którzy odważyli się tutaj zajrzeć ;v Chciałbym Was tutaj uraczyć moim amatorskim (podkreślam słowo "amatorskim") opowiadaniem. Jeżeli ten temat będzie się cieszył zainteresowaniem i poparciem, wtedy częstował kolejnymi moimi wypocinami :v
"Brak tytułu", gdyż nie mogłem takowego wymyślić.. W każdym razie, zapraszam!

Dochodzi już północ, w mieszkaniu jest jeszcze parę osób, muzyka we tle, śmiechy i głośne rozmowy. Kilka znajomych twarzy razem z tymi nowo poznanymi tworzą przyjemną atmosferę, te różne charaktery o dziwo świetnie ze sobą współgrają. To przecież impreza urodzinowa mojej przyjaciółki, spróbowali by tylko wywołać jakąś kłótnię. Na stole parę butelek alkoholu i drobne przekąski, sama oczywiście święta nie jestem, ale nie wypiłam tak dużo, żeby stracić świadomość umysłu. Wstałam z swojego miejsca i powędrowałam w poszukiwaniu solenizantki. Była w kuchni, uśmiechnięta od ucha do ucha, ogółem jest na co dzień w dobrym humorze, ale dziś przechodzi samą siebie. Złapałam ją za rękę i porwałam od towarzystwa znajomych z klasy, a ta wariatka uznała, że zabieram ją do tańca. Zaczęła przede mną kołysać biodrami i obejmować mnie rękami. No cóż, nie mogłam jej odmówić i dałam się wciągnąć w taniec. Parę obrotów, kilkanaście pomylonych kroków i kupa śmiechu, aż do zakończenia piosenki. Po otrzymanych brawach odeszłam z moją taneczną partnerką na bok.
-Świetna impreza, ale muszę już iść.- oznajmiłam jej patrząc prosto w oczy, w których na tę wiadomość przygasł płomień radości.
-Jak to? Już? Zostań, no proszę Cię.. Zadzwonimy do Twojej mamy, powiemy, że zostajesz u mnie na noc.-próbowała mnie przekonać patrząc oczami biednego pieska, zwykle ulegam temu widokowi, ale nie dziś.
-Sama wiesz, że już z rana muszę być na praktykach, a i tak przesadziłam że tak długo tutaj siedziałam.
Po jej minie widziałam to niezadowolenie zmieszane z przymusem przyznania racji.
-Izka, baw się dalej, ja już serio muszę lecieć..
-Nooo dooobra, rozumiem, ale może powiedzieć któremuś z chłopaków, żeby Cię podrzucił do domu?
Co prawda, przez chwilę rozważałam tę opcję jako całkiem dobry pomysł, ale miałam niejasne przeczucie, że żaden się już nie nadawał na kierowcę.
-No wiesz, tutaj każdy już chyba trochę wypił i będzie wracał pieszo. Poza tym lubię nocne spacery.-Do domu mam jakieś 1,5 km, jednakże ta świadomość nie zgasiła mojej ochoty na spacer.
-Zimno jest.. Zmarzniesz.. Jeszcze masz do przejścia ten las.. Będę się o Ciebie martwić. I jak w takich warunkach mam się dobrze bawić?
-Obiecuję że nic mi się nie stanie! W razie czego szybko biegam, sama wiesz.
-Mało mnie to przekonuje..
-Będę miała ze sobą telefon, jak coś się będzie działo od razu zadzwonię, sama też możesz dzwonić co jakiś czas.-Mówiąc to wyjęłam z szafy swój czarny, długi płaszcz, bez którego nigdzie bym się nie wybrała na taka pogodę. Jest przecież zima i z tego co widziałam 15 minut temu, za oknem ładnie śnieży.
-Uważaj na siebie, dobrze?-Zapytała, częstując mnie spojrzeniem zatroskanej mamy.
-Nie bój się, poradzę sobie.-jeszcze mocno ją do siebie przytuliłam, parę buziaków po policzkach, po czym poprawiłam jej włosy i posłałam uroczy uśmiech, który jednak jej nie poprawił humoru.
-Będę co chwilę dzwonić!
-A ja dla zabawy nie będę odbierała.-kolejny uśmiech, tym razem figlarny, lecz i ten nie przyniósł efektów sądząc po jej poważnej minie.-No dobra, będę od razu odbierała i składała raport gdzie jestem.
-Od razu lepiej..
Otworzyłam już drzwi, przeszłam przez próg i pożegnałam ją serdecznym uśmiechem, gdy oczy Izki i tak mimo uśmiechu mówiły "uważaj". W drodze na dół klatki schodowej dopinałam swój płaszcz, założyłam szalik i dochodzę do wniosku, że nie dziwię się jej niepewności o moje bezpieczeństwo. Zanim doszłam do drzwi, cieszyłam się każdym kawałkiem ciepła który mnie jeszcze opatulał, aż w końcu, gdy tylko odchyliłam drzwi wyjściowe przeszył mnie lodowaty wiatr, od którego dostałam dreszczy. " To tylko kwestia przyzwyczajenia " powiedziałam sobie w duchu i uparcie parłam na obraną przeze mnie trasę. Izka mieszka na obrzeżach miasta, a ja jeszcze dalej na peryferiach. Już po chwili nie było przy mnie żadnego domu, zaczynał się las, który przecina jedna droga, a po niej czasem ktoś przejeżdża, ale o tej porze to raczej nie możliwe. Stawiałam zgrabne kroki żałując, że nie wzięłam sobie butów na przebranie tylko te cholerne szpilki..Na imprezę zawoziła mnie mama, jadąc przy okazji do pracy na nocną zmianę, zatem nie martwiłam się moim obuwiem. Po chwili jednak przestałam myśleć o tej niewygodzie i szłam dalej. Nawet to zimno przestało mi przeszkadzać i zajęłam się podziwianiem swobodnie opadających płatków śniegu. Ręce w kieszeniach aby chronić je przed zimnym wiatrem, który czasem wychodzi mi na przeciw, a po chwili zaczęłam tworzyć w głowie obraz mojego pokoju. Jego ciepła, mojego łóżka, tak wygodnego i miękkiego, jak w nim leżę pieszczona przez moją ukochaną kołdrę, gdy obok na stoliku leży kubek gorącej czekolady. Pragnąc zagłębić się w tę fantazję, zamknęłam oczy i delikatnie odchyliłam głowę do tyłu i lekko zaczęłam kołysać się na boki. Tak pięknie, już prawie czułam wyobrażone ciepło, aż jakiś dźwięk wyrwał mnie z mojego marzenia. Momentalnie powróciłam do normalnej pozycji, która wypada na już prawie dorosłą kobietę i moim oczom ukazała się czarna postać, stojąca pod słabo świecąca latarnią. Automatycznie zwolniłam kroku, a na drugi rzut oka dostrzegłam, że za latarnią stoi jakiś dom. Pstryk odpalanej zapalniczki był tym dźwiękiem, który wyrwał mnie z mojej błogiej fantazji. Nieznajomy zapalił papierosa, po czym wziął go od ust, zaciągnął się i wypuścił dym. Ja go zauważyłam dopiero jakieś 20 metrów przede mną, a on sprawia wrażenie jakby dalej mnie nie widział, albo udaje. W każdym razie nie ma co panikować, jeszcze nie zrobił nic złego, może tylko wyszedł z domu na świeże powietrze na papieroska? Jednakże, im jestem bliżej tym bardziej czuję jego chłód, chociaż nawet jeszcze na mnie nie spojrzał. Zaraz zaraz.. to nie jest jego dom. To jest stara drewniana rudera w dodatku okna ma zabite dechami.. Przeszłam w ciszy obok palacza jakieś 2 metry starając się uchwycić kątem oka jakieś szczegóły, ale teraz przekonałam się na dosłownym znaczeniu powiedzenia, "najciemniej jest pod latarnią". Poczułam dreszcze przechodząc tak blisko niego, ale nie dałam tego po sobie poznać, a przynajmniej tak mi się wydaje. Parę kroków dalej poczułam nieznane mi do tej pory zimno. Czułam, jakby w jednym momencie zmroziło mi krew w żyłach. Subtelnie się obejrzałam do tyłu, ten gość się na mnie gapi. Prosto, bezpardonowo na mnie. Zachciało mi się już krzyknąć z przerażenia, ale tak na prawdę jeszcze nie miałam ku temu powodu. Może się nie patrzył na mnie, tylko moja chora wyobraźnia to tak zinterpretowała? Jeszcze raz odwróciłam głowę, tak dla pewności i doskonale uchwyciłam moment, w którym dokończył papierosa, zrzucił go na ziemię i zaczął iść w moją stronę. Zimno.. chłód.. cholernie zimno.. Instynktownie zaczęłam iść nieco szybciej i wszystkie moje zmysły wyostrzyły się na ewentualne zagrożenia. Słyszałam jego kroki, czułam jak odległość między nami się zmniejsza mimo tego, że stopniowo idę coraz szybciej. Poczułam dławiący chłód w krtani i podskoczyło mi serce gdy poczułam w kieszeni wibracje telefonu. "Izka" od razu pomyślałam dziękując jej w myślach.
-Halo?-powiedziałam do telefonu starając się nie pokazać przy tym mojego przerażenia.
-No halo halo, jak Ci idzie?
-Powoli do przodu.-powiedziałam próbując zachować spokój, chociaż sama nie wierzyłam w skuteczność mojej gry aktorskiej. W czasie, gdy jej odpowiadałam przeszłam trochę na bok, aby przepuścić podejrzanego.
-Nic Ci nie jest? Daleko jeszcze masz do domu?
W tym momencie gdy Izka coś tam dalej mówiła ja skupiłam się na palacza, który właśnie przechodził, dokładnie mu się przyjrzałam szukając jakiś niepokojących ruchów czy czegoś innego. Dopiero gdy spuściłam z niego wzrok, on spojrzał na mnie. Znowu miałam zmrożoną krew, nawet nie widziałam jego oczu spod ciemności, wystarczył ten ruch głową.
-Halo?!-krzyknęła Izka do telefonu po chwili mojej ciszy.
-A no no tak. Już jestem tylko się zamyślałam.-nawet nie wiedziała, ile jest w tym racji..co miało znaczyć to spojrzenie..
-Daleko-masz-jeszcze-do-domu?-powiedziała do mnie powoli, żeby miała pewność że rozumiem, albo chciała mi w ten sposób dać coś do myślenia.
-Nie nie, już mało mi zostało. A jak tam impreza?-zapytałam, aby, zmienić temat, przy czym jeszcze popatrzyłam za nieznajomym, ale na szczęście zniknął z pola widzenia.
-Już się kończy, ostatnie osoby się zbierają.
-To która jest godzina?
-Dochodzi 1..
-Wow, myślałam, że trochę wcześniej.. już widzę jak rano wstaję na praktyki..-warto było to powiedzieć chociażby po to, żeby usłyszeć jej krótki śmiech.
-Dobry budzik wszystko załatwi, dobra, bo pewnie marzniesz tam. Zadzwoń jeszcze jak już będziesz w domu, jasne?
-Dobrze mamooooo, no to buziaki i postaraj się nie martwić za bardzo.-nawet nie poczekałam na jej odpowiedź, tylko od razu się rozłączyłam. Musiałam pomyśleć. "On poszedł dalej, to nawet dobrze bo mam chwilę spokoju, no i telefon od Izki trochę mnie uspokoił, ale co teraz? Jestem pewna, że tamto spojrzenie nie oznaczało niczego dobrego. Do domu mam już mało to fakt, ale przez las.. teraz to jest bardziej problematyczne, bo może się tam przyczaić na mnie i zaatakować z zaskoczenia. Do miasta też przecież nie wrócę bo Izka mi nie da żyć..." I w tym momencie coś kazało mi dalej iść do domu, no bo może warto podjąć ryzyko? Ale tym razem będę ostrożniejsza niż wtedy, gdzie zauważyłam go, jak już byłam blisko. Po 5minutach ostrożnego marszu zaczęła się gęstsza część lasu, to niby krótki odcinek, który mogłabym przebiec, ale w szpilkach to odpada, nawet jakbym je zdjęła, to nie za bardzo widzi mi się bieganie prawie boso po śniegu, tylko w ostateczności. Cholerny zimny wiatr w mało przyjemny sposób opatulał moje ciało, co więcej, poruszał wszystkie pobliskie drzewa i różne krzaki w taki sposób, że każde z tych obiektów budził we mnie niepokój. Obserwowałam wszystko, co się dzieje wokół mnie, co chwilę oglądałam się za siebie, bo nie wiedziałam, skąd jakieś zagrożenie mogłoby paść. W trakcie właśnie takiego oglądania się za siebie, z przodu usłyszałam dźwięk złamanej gałązki. Natychmiastowo stanąłem w miejscu i spojrzałam przed siebie. To on. Niezidentyfikowany palacz w czerni. Właśnie kończył dopalać papierosa patrząc prosto na mnie. Zagradzał mi drogę do domu w taki sposób, że nie dało się go ominąć. Zrobiłam dwa małe, niepewne kroki do tyłu przygotowana na szybki odwrót i ucieczkę. Serce skoczyło mi tak wysoko do gardła, że ciężko mi było oddychać. Żołądek swoimi fikołkami także nie poprawiał mi samopoczucia. "Zaraz, przecież mam na sobie szpilki.. Daleko w nich nie ucieknę.. Czyli muszę tracić kolejny czas, aby je zdjąć.. Facet jest ode mnie wyższy o głowę mimo mojego obuwia, więc ma też sporą przewagę w kilogramach. Bliska konfrontacja zatem nie wchodzi w grę." Nagle podniósł do góry swoją rękę i rozprostował palce. Gdy zauważyłam ten gest zdążył zagiąć jeden palec. "Co to ma znaczyć, co on mi chce przekazać.." Drugi palec został skierowany w dół. "On odlicza!" Gdy tylko to do mnie dotarło nerwowo zaczęłam zdejmować szpilki. Tak bardzo się bałam, że aż dopadła mnie kolejna fala strasznego zimna. Gdy już uporałam się z butami zaczęłam biec tam, skąd przybyłam. Nawet się nie obejrzałam, widziałam tylko drogę przede mną. Nie miałam czasu, żeby się oglądać. Wpadłam w panikę, przebiegłam może kilkanaście metrów i już dopadła mnie zadyszka, dzięki mojemu nieregularnemu oddechowy. Nawet nie słyszałam, żeby biegł, ale i tak nie chciałam się oglądać, za bardzo się bałam tego widoku. Czułam, jak siarczysty mróz dostaje się do mojej krtani niemiłosiernie je drażniąc. Cały czas pędząc przed siebie szalenie dyszałam, postanowiłam nasunąć szalik na usta, aby zimno przestało mnie ranić w gardło. To wszystko trwało może moment, aż w końcu poczułam mocne pchnięcie, po którym bezwładnie padłam na ziemię. Biała warstwa na ziemi ani trochę nie zdołała zamortyzować mój upadek. Otworzyłam oczy i widziałam tylko śnieg, a następnie nastąpiło mocne szarpnięcie za włosy do tyłu. Czułam się jak lalka, która ktoś się bawi. Znowu walnęłam o warstwę śniegu. Ten drań zaciągnął mój szalik na usta i zacisnął tak mocno, że nie mogłam wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Wykorzystał moment, gdy dla niewiadomego powodu rozwarłam usta, być może, żeby zaczerpnąć powietrza i wtedy zacisnął jeszcze mocniej. Szalik wbił się po same kąciki moich ust. Złapał mnie za nadgarstki, przyciągnął moje ręce nad głowę i zaczął ciągnąć za sobą na ubocze. Wierzgałam nogami, aby chociaż trochę utrudnić jego cel, ale to na nic. Gdy już zaciągnął mnie na bok, znowu agresywnie mną szarpnął i po raz kolejny zobaczyłam ziemię z stanowczo za bliskiej odległości. Gdy tylko się podniosłam i skierowałam w jego stronę, wymierzył cios w głowę, po którym zapadła ciemność. Było słychać tylko skrzypiący pod czyimś ciężarem śnieg, dźwięk i tak był przytłumiony, czyli mocno oberwałam. Nim się zorientowałam, leżałam już na plecach, a on był zdecydowanie za blisko. Odzyskałam pełna świadomość i znowu zaczęłam się szarpać. Każdy facet, nie zależnie od wieku, czy masy ma słaby punkt. Na ten jeden moment przerzuciłam wszystkie swoje siły do nóg, złączyłam stopy i wymierzyłam uderzenie prosto między jego nogi. Najwidoczniej to było dobre posunięcie, gdyż oprawca wydał z siebie jęk i powoli upadł na kolana po czym zwijał się z bólu. Wykorzystując moment wygramoliłam się z tej niefortunnej pozycji, ale jeszcze zdołał mnie złapać za kostkę. Trzymał mocno i moje próby wydostania się nie przynosiły żadnych oczekiwanych rezultatów, więc nie myśląc za wiele, kopnęłam go wolną nogę prosto w twarz skrywaną pod kapturem, dopiero wtedy mnie puścił, a ja najszybciej jak tylko wtedy mogłam wstałam i zaczęłam biec. Znowu szaleńczo przy tym dysząc. Już po chwili nie mogłam złapać oddechu, zaczął sypać śnieg tak gęsto, że widziałam tylko na jakieś 10 metrów wokół mnie. Miało to swoje dobre strony, bo przynajmniej on miałby problemy z odszukaniem mnie. Dobrze znam te tereny i pomimo utrudnionej orientacji, szybko wróciłam na drogę i zaczęłam instynktownie iść w stronę miasta, czyli w przeciwną, od miejsca mojej przerażającej walki. Byłam wyczerpana, gdy chciałam zacząć biec moje nogi odmawiały mi posłuszeństwa. Dopiero teraz zauważyłam, że dalej mam zaciśnięty na ustach szalik. Chwilę się męczyłam, aby go zdjąć, gdy już miałam dość wściekłe go szarpałam, aż w końcu ustąpił. To był kolejny duży wysiłek dla mnie, ale musiałam iść, gdyby tamten mnie odnalazł, teraz nie miałabym żadnych szans. Wtedy był zbyt pewny siebie i nie zachowywał żadnych środków ostrożności i to go zgubiło. Ostrożnie opatuliłam się szlakiem, który jeszcze przed chwilą był tak kłopotliwy i co najmniej niekomfortowy, lecz teraz dawał swego rodzaju ulgę. Ręce schowałam w kieszenie i parłam na przód, wśród już spokojnie opadających płatków śniegu. "Gdzieś tam zgubiłam telefon.. Może Izka dzwoni i się martwi, że nie odbieram i kogoś wyśle, aby mnie poszukał? A może sama wyjdzie mi na pomoc?" Pocieszałam się tymi myślami w duchu, ale im dłużej trwała moja wędrówka, tym mniej w to wierzyłam, tak samo w moją decyzję jeżeli chodzi o wybór drogi. Im dłużej myślałam, tym bardziej byłam rozkojarzona i bardziej wątpiłam w to, co robię. Zimno.. cholernie zimno..przez ten wiatr czułam jak łzy spływają mi po policzku, jak małe kryształki lodu, ale muszę iść dalej.. do Izki.. dopiero u niej będę bezpieczna. Teraz w mojej głowie zapadła cisza, żadnej myśli, jak robot, zaprogramowany wyłącznie do chodzenia do przodu. Zwracałam tylko uwagę na śnieg spadający z nieba, żaden płatek nie umknął mojej uwagi, widziałam każdy ruch. Jeszcze chwila tej boskiej ciszy, aż w końcu usłyszałam coś za sobą. Momentalnie się odwróciłam, ale nic nie widziałam. "Cokolwiek, czy ktokolwiek to był, gdzieś się tam czai, albo ten dźwięk istniał tylko w mojej głowie.." Jeszcze przez chwilę patrzyłam w tamtą stronę przestraszona, czy zaraz tam czegoś nie zobaczę, ale w końcu się odwróciłam. Trzy kroki na przód i znowu ten szelest, tym razem po mojej lewej stronie, gdzieś za drzewami. Przystanęłam na chwilę i obserwowałam ten sektor. Nie widziałam niczego w polu widzenia, ale ból serca podpowiadał mi, że coś się tam chowa i czeka, bo wie, że najlepiej smakuje, gdy jestem przyprawiona odrobiną strachu. Nogi miałam wryte w ziemię, nie miały zamiaru się nigdzie ruszać, gdy ja myślami byłam już daleko stąd, w moim pokoju, opatulona moją kołdrą, gdy piję gorącą czekoladę z mojego ulubionego kubeczka. Wróciłam jednak do rzeczywistości, gdy gałąź drzewa odgięła się w nie naturalny dla siebie sposób. Wytężyłam wzrok i ukazał mi się obraz wyłaniającej się z ciemności postaci, wysokiej postaci. Z niedowierzania poczułam, jak rozszerzają mi się źrenice. Przecież to nie mógł być on, za długo szłam, jeszcze przez taką śnieżyce nie mógł mnie wytropić. Chyba, że to wszystko to tylko obrazy wytworzone w mojej głowie, a tak na prawdę to uciekałam tylko chwilę? Serce zabolało tak mocno, że automatycznie zgięłam się w pół. Popatrzyłam na niego, a on tak jak wtedy wyciągnął rękę i rozprostował wszystkie palce. Już zbyt dobrze znałam ten gest, rozkazałam moim nogom się ruszyć, ale nic z tego. Spanikowałam, to był jak zły sen, w którym stoi się przed obliczem zagrożenia i nie można nic zrobić. Tutaj nie mogłam sobie pozwolić na takie scenariusze, bo mogłabym się już z tego snu nie obudzić. Nie patrzyłam na mojego zapewne przyszłego oprawcę, skupiłam się na nogach, które dalej odmawiają posłuszeństwa i ciągle się sprzeciwiają. Mimo okropnego zimna, wszystko ze złości we mnie zawrzało. "Rusz się k**wa!"- krzyknęłam, a to podziałało jak magiczne zaklęcie. W końcu odzyskałam władzę w nogach i zaczęłam biec tyle ile miałam w nich sił. Znowu było mi zimno i znowu złapałam zadyszkę. Gdy już wydawało mi się, że zdołałam uciec upadłam na ziemię. Jednak tym razem szybko zebrałam wszystkie swoje myśli do kupy i równie szybko zareagowałam. Przekręciłam się na plecy i przerażona kolejny raz tej nocy spojrzałam w górę, ale nic nie widziałam. Cały czas oddychałam za szybko i rozglądałam się na boki. Nikogo nie było. Byłam tutaj sama. Ani żywej duszy. Pociągnęłam do siebie kolana, po czym objęłam je rękami i zaczęłam płakać. Upadłam tak nisko, że prawdopodobnie nie odróżniam rzeczywistości od urojonego widzi mi się. Szlochałam tak jeszcze przez chwilę i popatrzyłam dookoła, czy faktycznie jestem sama. Wokół drogi, na której siedzę są tylko drzewa, blask księżyca i ślady moich własnych stóp. "Właśnie.. nie mam szpilek i cały czas jestem w samych czarnych rajtuzach." Nawet wtedy widziałam przez materiał, jakie moje stopy muszą być blade. Już nawet nie byłam pewna, czy je jeszcze czuję. Już nawet nie myślałam o konsekwencjach zdrowotnych, mogących później wystąpić. Nic mnie nie obchodziło, zimno, przestraszona, zmęczona.. Najchętniej bym tam zasnęła. Oparłam głowę o kolana i zamknęłam oczy. Rozmyślałam o tym, jak jutro wyglądał by dzień, gdybym jednak została u Izki, co bym robiła, a na koniec na myśl nasunęła mi się sama Izka. Że już jej nie zobaczę, nie posłucham jej koszmarnej piosenek u niej w pokoju.. wtedy poczułam chęć walki o to wszystko, że nie mogę się tak poddać, dam radę, dojdę do miasta i do jej mieszkania. To jest mój cel i go zrealizuję! Dokładnie w momencie kiedy podniosłam głowę i zobaczyłam czyjąś rękę, zmierzającą na moje ramię, jednak szybko się cofnęła, gdy facet zobaczył jak się podnoszę.
-Emm przepraszam, co tutaj robisz? Potrzebujesz pomocy?
Spojrzałam na niego, był potencjalnie niegroźny. Siwiejący dziadek, który najwidoczniej wybrał się na spacer. Jednakże nie mogłam mu zaufać.
-Nie nie, wszystko dobrze, tak sobie tylko tutaj.. -nawet nie skończyłam, bo nie mogłam wymyślić żadnej rozsądnej wymówki. Starzec już po samym moim głosie na pewno się domyślił, że jednak nie wszystko jest dobrze, jeszcze dodać do tego mój opłakany wygląd..
-Posłuchaj, mieszkam niedaleko, zrobię Ci coś ciepłego do picia, bo pewnie jesteś zmarznięta.
-Nie nie, dziękuję bardzo, ale poradzę sobie, już mam niedaleko.
-Na pewno? Nie codziennie widzi się dziewczyny siedzące w środku nocy, na środku drogi, w środku zimy.
-Tak, na pewno.-odparłam chłodno. Rozumiem, że odezwała się w nim chęć pomocy, ale i tak mu nie ufałam i w dodatku zaczął mnie drażnić swoją troskliwością.-Pójdę już sobie, miłej nocy.-odpowiedziałam mu oschle, po czym odwróciłam się i poszłam. Co jak co, ale staremu dziadkowi mogłabym uciec, gdyby zaczął mnie gonić. Mimo to, ostrożności nigdy za wiele, uważnie słuchałam tego, co się dzieje za moimi plecami, ale nic się nie działo. W głębi serca miałam już nadzieję, że to była ostania atrakcja na tą noc. Cholerny dziadek musiał powiedzieć o czymś ciepłym do picia.. Przez chwilę nawet rozważałam na poważnie jego propozycję, ale nie, bezpieczna będę dopiero u Izki, nikomu innemu teraz nie ufam, a zwłaszcza mojej urojonej rzeczywistości. Może nawet ten staruszek nie istnieje? No bo gdzie mógł mieszkać w pobliżu, jak tu wszędzie jest las i pola? I wtedy właśnie, dotarło do mnie, że droga jest dziwnie oświetlona. To latarnie oświecały trasę, czyli zaczyna się cywilizacja. W jednej chwili stałam się najszczęśliwszą dziewczyną na świecie, lecz ta radość nie trwała długo, bo jeżeli cywilizacja, to ludzie, a takowym nie zaufam chyba na długo, zwłaszcza mężczyznom, a o tej porze to raczej żaden normalny, w nic nie ubrudzony facet nie wychodzi. Muszę unikać każdego, kogo spotkam i niepostrzeżenie dojść do klatki Izki. Zaczęły się już pierwsze domy, zamieszkane, nie tak jak tamta drewniana rudera, która wprowadziła mnie na początku w błąd. Na horyzoncie ani jednego człowieka, czyli jak na razie idzie mi nieźle. Idąc dalej starałam się zachować jak najciszej, jestem przecież "łatwą ofiarą" i już bez większych problemów można by mnie obezwładnić, jestem przecież wyczerpana, obolała, zmarznięta i już nawet głodna. Nie czuję stóp,teraz jestem tego pewna, czyli muszę szybko dotrzeć. Przede mną zostało jakieś 200 metrów prostej drogi. W jednej chwili postanowiłam biec, uważając po drodze na śliskie podłoże, bo upadku mi teraz najmniej potrzeba. Udało mi się przeskoczyć parę dziur w jezdniach, już tak nie daleko, już jestem tak blisko tego, czego pragnę od kilku godzin. Nie udało mi się przebiec niezauważona, gdyż psy zaczęły na mnie szczekać, ale to już najmniej ważne. Widziałam tylko ten blok stojący na uboczu miasta. W końcu dotarłam do klatki. Odmierzyłam trzeci przycisk od góry na domofonie i wcisnęłam go dwukrotnie. Przez chwilę cisza. Jeszcze rozejrzałam się dookoła czy nikogo nie ma, po czym jeszcze raz nerwowo nadałam dwa sygnały, po których odezwał się głos Izki.
-Halo? Kto tam?-powiedziała przytomnym głosem, czyli nie spała.
-Hej, możesz mi otworzyć? Trochę tu zimno wiesz?-byłam już w raju, gdy tylko ją słyszałam, od razu wiedziałam, że już wszystko będzie dobrze.
Nie czekałam długo, niemalże natychmiast po tym, jak się odezwałam otworzyła mi drzwi do klatki, z których od razu skorzystałam. Weszłam do środka i zamknęłam drzwi. Wreszcie poczułam ciepło, które opatuliło mnie z każdej strony. Miałam ochotę zamruczeć, odwzajemnić ciepłu to przytulnie, którym mnie częstuje od samego progu. Tak samo od razu, od wejścia do klatki usłyszałam gdzieś na górze trzask zamykanych drzwi, po którym zapaliło się światło. Następnym dźwiękiem było obijanie się grubych podeszew o schody. Taki okropny odgłos mogły wydawać tylko ohydne buty Izki. Leciała z prawie samej góry jak wariatka, w ogóle nie uważała na to, gdzie stawia kroki. Gdy w końcu stanęła na przeciwko mnie, jeszcze parę schodków wyżej, ogarnęła mnie nie do zmierzenia wszelką skalą radość. Na mój widok łzy jej napłynęły do oczu. Po tym poznaje się prawdziwą przyjaciółkę. Złączyła swoje ręce i przybliżyła je do swoich ust przeżywając jakby największą tragedię w życiu. Mój wygląd na pewno się do tego przyczynił. Poszarpana, sponiewierana, rozczochrana, ubrudzona na przemian śniegiem i błotem, zaczerwieniona w okolicach ust od szaleńczo mocno zaciągniętego szalika i jeszcze bez butów. Zeskoczyła do mnie z tych ostatnich schodków i mocno do siebie przytuliła. Płakała i nawet nie próbowała tego ukrywać.
-Ty idiotko! Wiedziałam że nie powinnam dawać Ci samej iść! Przez Ciebie teraz i ja wyszłam na idiotkę!-krzyczała na przemian jeszcze przy tym szlochając, a ja zaczęłam razem z nią. Tak bosko przytulała.. W końcu poczułam się tak dobrze, po prostu zamknęłam oczy i rozkoszowałam się tą chwilą. To ciepło, które teraz mi dawała, nie mogło się równać z żadnym innym.

Opinie, przemyślenia, oceny i bardziej konstruktywne komentarze mile widziane.
Pozdrawiam, Lordzik :v

"Artystyczna" Dusza Lorda - "Życie od Nowa."

autor: De LoRD.
19 lip 2016, o 01:46
 
Witam znowuż bardzo serdecznie :v
Pierwsze opowiadanie mojego autorstwa już dostaliście, teraz kolej na następne.
Słówko wyjaśnienia, jest to zaledwie mała część tego, co ogólnie planuję. No ale dobra, częstujcie się!


W końcu się obudziłem, ale nic nie widzę. Czuje jak otwieram oczy, ale jest tylko ciemność. "Jestem ślepy? Właściwie to gdzie jestem? I kim.." Coś mi tu nie pasowało ani trochę, właściwie, to wszystko mi nie pasowało. Czuję tylko zimną ziemię. Za nic w świecie nie mogłem sobie przypomnieć czegokolwiek, mój umysł spowiła gęsta mgła niewiedzy i cholernej bezradności. Dotknąłem dłoniami swoją twarz, następnie poruszałem nogami. Nic mnie nie bolało, więc nie mam żadnych ran. W końcu do mojej głowy dotarł jakiś dźwięk. Stopniowo narastający, po czym znowu słabł. Jakby kroki za drzwiami. "Strażnik? Pilnuje mnie? Po co?" Jeszcze przez chwilę analizowałem odgłos, to były ciężkie tupania, czyli facet najprawdopodobniej z nadwagą. Chodzi w tę i wew tę, czyli na pewno to jest jego posterunek. Nagle się zatrzymał. Chwila ciszy i nastąpił jakiś głos, męski, czyli mojego wartownika. "Ale do kogo on mówi? Może do głos kogoś innego?" Wszystko było tak przytłumione, że nie dało się zrozumieć ani słowa. Po krótkiej wymianie zdań nastała chwila grobowej ciszy, a następnie rozległ się metaliczny hałas. "Walka? Ktoś po mnie?" Po paru uderzeniach mieczy ktoś wydał z siebie głośne, ale ostatnie tchnienie, po którym mocno grzmotnął w ziemię. Mimo wszystko, tamte odgłosy nie napawały mnie otuchą, bo skąd mam mieć pewność, że ja nie będę następny? W ciszy wyczekiwałem dalszego rozwoju wydarzeń. Czułem jak po moich barkach spływają zimne kropelki potu. Nagle drzwi otworzyły się na oścież, robiąc przy tym nie mało hałasu, a do pomieszczenia wpadło światło, po którym już byłem przekonany, że jednak nie byłem taki ślepy. Aż musiałem zasłonić oczy ręką.
-No co się wylegujesz? Wstawaj, idziemy.
Rozłączyłem ostrożnie palce, żeby móc w końcu coś zobaczyć. Ujrzałem zarys dziewczyny. Niezbyt wysokiej według mnie, była też drobna. Długie rozpuszczone włosy i miecz w pochwie przy pasie, tyle szczegółów udało mi się zauważyć. Stała z założonymi rękami na biodrach i czekała na mnie.
-No juuuuż, długo każesz mi czekać? Tak bardzo Ci się tutaj spodobało? Jak przestaniesz liczyć cegły w ścianie to wyjdź na zewnątrz, tylko szybko, nie zamierzam długo tutaj zabawić.
Nawet nie zdążyłem jakoś sensownie zareagować a dziewczyna już wyszła. Jedno było pewne, wiedziała czego chce i stawiała sprawę jasno. W końcu podpierając się na ścianie udało mi się wstać na nogi. Spojrzałem jeszcze w stronę drzwi, ale jej już nie było, za to na ziemi wlewała się do środka jakaś jasna ciecz. Ciągle przybywało tego tajemniczego obiektu. Niepewnie podszedłem bliżej i po małych zawrotach głowy wszystko stało się jasne. To krew, gęsta o ciemnej barwie, a światło z okna w korytarzu sprawiało, że kałuża początkowo mnie zmyliła. Przekroczyłem próg starając się po drodze nie ubrudzić, a pod ścianą leżał zapewne mój strażnik z poderżniętym gardłem. "Ona go tak załatwiła? Przecież gość jest wielki a ona sprawiała wrażenie, że pojedynek z kotem byłby wyzwaniem. To na pewno ona zrobiła..?" Nawet nie wiedziałem, czy mogę jej ufać w choćby najmniejszym stopniu, ale w sumie gdyby chciała, to zabiła by mnie już parę razy. Poza tym, wiedziała gdzie mnie szukać i jakby nie patrzeć, uwolniła mnie. Byłem teraz zdany tylko na nią, więc poszedłem korytarzem w stronę światła, aż wyszedłem na zewnątrz. Zielone polany i jedna ubita droga prowadząca tutaj, do niskiego budynku z jedną wieżą. Parę metrów przede mną stała moja wybawicielka, a jeszcze dalej dostrzegłem dwóch mężczyzn z mieczami w rękach.
-Dziecino, nierozważnie jest chodzić tutaj samej bez opieki, to są bardzo niebezpieczne tereny.-Odpowiedział jeden z nich drwiąc z nieznajomej.
-Nie potrzebuję eksporty, sama sobie radzę. -Odpowiedziała chłodno po czym wyciągnęła swój miecz lekko zagięty na końcu, po czym skierowała go prosto na przedmówcę.-Za to, jeżeli Ty nie usuniesz mi się z drogi, będziesz potrzebował pomocy, bo o ile nie powiesz jeszcze słowa za dużo oszczędzę Cie i będziesz mógł przynajmniej jeść cokolwiek, co prawda z pomocą, ale zawsze to coś.
-Zobaczymy jak będziesz śpiewać kiedy już będziesz moja. Tamten za Tobą tez.
Obejrzała się przez ramię, po czym zawiesiła na mnie spojrzenie. Zrobiła zniesmaczoną minę i wróciła do tamtej dwójki.
-Jeżeli chcesz mnie, to chodź i weź sobie.
-Jak sobie życzysz.
Kończąc zdanie zaczął biec w naszą stronę, a za nim w odstępie jakiś trzech metrów ruszył towarzysz. Dziewczyna patrząc na nich lekko się uśmiechnęła pod nosem. Na ten złowrogi uśmieszek przyznam, przeszły mnie ciarki. Facet był coraz bliżej, a ona tylko postawiła prawą stopę za lewą i czekała. Miecz trzyma w lewej ręce, pierwszy napastnik zamierza zaatakować z góry z całą siłą. Gdy ja stałem jak wryty, ona w kulminacyjnym momencie nie tyle zablokowała, co przyjęła cios osuwając się zgrabnie w swoją lewą stronę przesuwając środek ciężkości tak, że facet praktycznie się z nią minął i z całym impetem przeleciał dalej po drodze się potykając i upadając na ziemię. Ona w tym czasie, aby nie stracić swojej szybkości wyskoczyła swój manewr obrotem i od razu ruszyła na drugiego napastnika. Mężczyzna się nawet nie spodziewał takiego rozwoju wydarzeń, ale udało mu się jeszcze zablokować cios wymierzony w jego prawicę, dziewczyna napierała na niego i wykonała kolejny atak tym razem z góry. Zupełnie zaskoczony siłą z jaką go wykonała ledwo utrzymał broń, zrobił dwa kroki do tyłu i zdecydował się na proste pchnięcie. Szermierka z łatwością sobie z tym poradziła przeprowadzając jego ostrze nad sobą przy pomocy swojego miecza, wykonała w tanecznym stylu piruet pod ostrzami i wyciągnęła coś czarnego. Zrobiła to tak szybko, że nawet nie zauważyłem czy to było z rękawa czy z jakiejś kieszeni. Rzuciła nowym przedmiotem w pierwszego faceta, który już powstawał na nogi i trafiła prosto w jego gardło, po czym znowu padł na ziemię i wszystko wskazywało na to, że już się nie podniesie. Błyskawicznie wykończyła swój obrót z rozmachu rozcinając krtań ostatniemu z napastników. Trysnęła krew i mężczyzna upadł na ziemię. To wszystko nie trwało dłużej niż pół minuty. Teraz nie miałem wątpliwości, że to ona zmasakrowała strażnika przed moją celą. Podeszła do mnie i końcówka swojego ostrza pokazała na gościa duszącego się na ziemi.
-Dobij go.
-Yy, co?-spojrzałem tylko na nieznajomego leżącego tuż przede mną, panicznie próbował zaczerpnąć powietrza. W gardle miał czarne pióro, zapewne kurka, ale dużego.
-Ehh.. -zawiedziona moją reakcją wbiła miecz w serce mężczyzny, który teraz pewnie żałował swoich słów wypowiedzianych jeszcze przed momentem i rozplatała organ, po czym wyczyściła broń o jego ubranie i schowała ją do pochwy przy biodrze.
-Idziemy. -Jak nagle odpowiedziała, tak nagle zakończyła wypowiedź i po prostu zaczęła iść.
-No ale zaraz, ej! Co tu się właściwie stało? Chyba należą mi się jakieś wyjaśnienia, nie? Gdzie jestem i kim jesteś? A raczej kim ja jestem?
Gdy usłyszała moje pytania stanęła w miejscu i spojrzała na mnie z wielkim zdziwieniem.
-Jak to? Niczego nie wiesz?
-Nic nie pamiętam.. Nie wiem kim jestem i skąd się tu wziąłem. -po jej minie widziałem, że się zawiodła, a na pewno nie uwzględniła tego w swoim planie.
-To by wyjaśniało Twoje zachowanie.. Ale dlaczego?
-Wiesz, sam chciałbym to wiedzieć,a Ty potrafisz tylko mordować ludzi.
-To była tylko samoobrona. Poza tym, zrobiłbyś to samo. A teraz chodź, Twoja niepamięć jest szalenie problematyczna, ale i tak jesteś zbyt cenny.-podeszła do mnie i złapała za nadgarstek, po czym zaczęła ciągnąć za sobą.-dostaniesz wyjaśnienia, ale dopiero jak wrócimy na przyjazne nam ziemie.
-Z tymi jest coś nie tak?
-Posłuchaj, tamte dwa przyjemniaczki to nic w porównaniu z tym, jakie dziwy tutaj wychodzą po zmroku, dlatego nie gadaj za wiele, tylko chodź.
-Ale dlaczego mam Ci ufać?
-Chociażby dlatego, że beze mnie szybko zginiesz.-dokończyła uśmiechając się słodko, a ja tylko pomyślałem, że jest tak samo piękna co zabójcza.
Jeszcze obejrzałem się za siebie i zobaczyłem, że z piórem dzieje się coś dziwnego. Zaczęło dymić. Jeszcze przez chwilę się przypatrywałem temu zjawisku i zaczęło się ulatniać w powietrzu, przybierając postać intensywnie czarnego dymu, po czym całkiem rozpłynął się w powietrzu. "Kim ona jest i co to miało znaczyć.. Co miało znaczyć, że zrobił bym to samo? Kim jestem, a raczej kim byłem?" Jej słowa niczego mi nie dały, jedynie do mojej głowy powędrowały kolejne pytania i niepewności. Obiecała mi wyjaśnienia, więc zacząłem posłusznie iść. Nie stać mnie teraz na jakiekolwiek kaprysy i narzekanie.
-Powiesz mi chociaż, ile mamy przed sobą drogi do tych "przyjaznych ziem"?
-Ten opuszczony i zapomniany posterunek jest przy granicy, wystarczy, że przejdziemy las przed nami, zanim zapadnie zmrok. Chociaż po Twoim tempie marszu dochodzę do wniosku, że wolisz nocne spacery. Dobrze, ale wtedy nie gwarantuję większych niż teraz komfortów. Jeżeli lubisz przy okazji wycie wilkołaków, widok polujących ghuli, albo dźwięk udanych polowań innych bestii to okey, ja sobie poradzę.
-No dobra dobra, zrozumiałem. -Zacząłem iść szybciej nie tylko dlatego, że jej słowa mnie przekonały, ale te konstruktywne zdania zaczęły mnie nudzić.
Dalej przychodziliśmy w ciszy, dotarliśmy do lasu, w którym przywitało nas zimne powietrze. Ona nie była jakoś grubo ubrana, coś w rodzaju luźnej koszuli z długimi rękawami z rozpiętymi mankietami. Biały i czerwony to są zdecydowanie kolory, które doskonale do niej pasują. Niżej miała na sobie spódnicę, która jednak odsłaniała jej nogi już od kolan. "Taaak, z tyłu wygląda tak samo interesująco jak od przodu." - myślałem sobie podziwiając jej figurę, która na pewno była efektem kilkuletnich ćwiczeń. Oczywiście nie jedynym efektem, zabijanie ludzi w jej wykonaniu jest równie spektakularne. Nagle zaczęła schodzić z drogi i skierowała się w stronę zarośli.
-Lepiej iść tędy. Na drodze mogą być bandyci czekający na jakąś karawanę. No cóż, życzę im szczęścia.
-Dlaczego? -odpowiedziałem zaciekawiony idąc zgodnie z jej poradami.
-Bo przez obecnego króla, kraj dopadła bieda. Wieśniacy nie mają obiecanych zapłat za ich pracę w polu.
-Skoro nie otrzymują należnych im wynagrodzeń, to niech przestaną pracować. Każde państwo opiera się na rolnictwie, nie ma jedzenia - nie ma króla.
-Gdyby jeszcze mogli tak po prostu rzucić to wszystko. Regularnie przychodzą do nich żołnierze, którzy mają za zadanie zabieranie owoców ich pracy. Jeżeli rolnik nie ma niczego, no cóż, z pracowitego jest pożytek, a z buntujących się nie ma żadnego. Muszą robić, jeżeli chcą żyć.
-Czyli my teraz idziemy do innego kraju?
-Nie, idziemy do innego hrabstwa. Najbardziej zbuntowanego, do którego król boi się zaglądać. Co prawda wysyła do nas jakieś patrole, ale my nie dajemy zastraszyć naszych rolników. Jesteśmy ich obrońcami, a oni w zamian za to dają nam jedzenie i dach nad głową. Uczciwa współpraca.
-Czyli jesteś rebeliantką?
-Cicho. Nie jesteśmy w dobrym miejscu na takie wnioski. Tak jak mówiłam, wyjaśnienia, gdy już będziemy na miejscu. Robi się coraz ciemniej, nie myśl za wiele i chodź szybciej. Jedno Ci teraz powiem..-przybliżyła się do mnie chcąc mi zdradzić jakąś tajemnicę, która nie może zostać odkryta przez innych.- Nie jestem, ale jesteśmy. Ale już cicho, jesteśmy prawie na miejscu.
"Byłem rebeliantem? Potrafiłem walczyć? Teraz jej słowa, że jestem zbyt cenny nabierają sensu. Byliśmy blisko siebie? Jest "nas" więcej?" Jej odpowiedź na jedno pytanie dodawała tylko kolejne niepewności.
Przez następne pięć minut marszu nie zamieniliśmy ani słowa. Najwidoczniej mówienie czegokolwiek w tym lesie jest ryzykowne. W końcu wydostaliśmy się na jakąś polanę. Była ładna, bardzo zielona trawa i gdzieniegdzie kolorowe kwiaty.
-Za tym wzniesieniem jest cel naszej wędrówki.
"Wreszcie doczekam się odpowiedzi" -pomyślałem i wiernie jej słowu szedłem dalej. Gdy już byliśmy na na górze, krajobraz się zupełnie zmienił. Nie było już zieleni i kwiatów powoli chowających się do snu. Jest ciemniej, więcej chmur, które nie zwiastowały niczego dobrego. Stare, zmęczone drzewa już bez liści i wszędzie błoto. Byłem przekonany, że to jest to hrabstwo wyjęte spod prawa. Bardzo tu mrocznie.
-Witam w Wschodniej Rubieży, w hrabstwie oficjalnie pod władaniem króla, a nieoficjalnie kontrolowane przez rebelię.
-Urokliwa nazwa dla urokliwego miejsca.-Odpowiedziałem patrząc na to, co się dzieje wokół, ale widziałem tylko biedę i ciężka ludzką pracę.
Zaprowadziła mnie do "centrum" wioski, składającej się z kilku domów, jednego większego budynku i cmentarza. Sporego cmentarza. Wszędzie wokół tylko pola uprawne. Wchodzimy do największego budynku w polu widzenia, chociaż i tak nie robił szału. Nad drzwiami wejściowymi wisiała tabliczka z napisem "Karczma u Berta." No tak, największy budynek to karczma. Dlaczego mnie to nie dziwi. Weszliśmy do podłużnego pomieszczenia z barem. Pokój ozdobiony w jakieś mizerne kwiaty i zapalone świece zawieszone na całej długości sali. Za ladą stał starszy facet, pewnie Bert we własnej osobie. Gdy nas zobaczył, od razu się uśmiechnął i pokłonił, naturalnie według zasad dobrego wychowania, odpowiedzieliśmy tym samym. Dziewczyna zaprowadziła mnie do stoliku prawie na samym końcu izby.
-Dlaczego musieliśmy przechodzić praktycznie na sam koniec pokoju, skoro prawie każdy inny stolik jest wolny?-zapytałem pokazując na resztę wolnych miejsc. Wywnioskowałem, że to nie był dzień najlepszych interesów.
-Ponieważ to jest nasz stolik i zawsze przy nim siedzimy.-gdy mi odpowiadała zajęła już swoje miejsce. Ja zaś zauważyłem dodatkowe cztery krzesła, z czego na jednym usiadłem.
-Ktoś się do nas przysiądzie?
-Tak, niebawem powinni się zjawić. Spokojnie, to przyjaciele. Zresztą nie teraz o tym. Cholera, nie mam pojęcia, od czego zacząć wyjaśnienia.
Gdy tak to mówiła, świeca na stole oświetliła jej twarz. Gładka, dość blada cera, mały nosek, czerwone małe usta i ciemne oczy zaopatrzone w światło. Może coś nas łączyło? Trzeba to sprawdzić, zresztą i tak chciałem zagadać. Nachyliłem się trochę i spojrzałem jej prosto w oczy.
-To może zacznij od tego, jak masz na imię, bo na chwilę obecną, to mnie najbardziej interesuje, ślicznotko.
Zaśmiała się pod nosem i subtelnie uśmiechnęła. Najwidoczniej poprawiłem jej humor, czyli byłem na dobrej drodze.
-No dobra, to na początek chyba wypadałoby wspomnieć o tym, że jesteśmy rodzeństwem braciszku.-dokończyła swoją wypowiedź słodkim uśmiechem, próbując powstrzymać się od wybuchu śmiechu. Ja poczułem tylko wewnętrzną zmianę po krótkim przeanalizowaniu jej słów. Z poczucia pewności zrodziło się zmieszanie, które idealnie wkomponowało się w świadomość mojej głupoty.
-Oj no nie załamuj się, przynajmniej już wiemy od czego zacząć. I dziękuję, nigdy od Ciebie nie słyszałam takiego komplementu, Dave. -Dave? Nazywam się Dave? W końcu jakaś odpowiedź, po której nie było więcej pytań. A Ty jak masz na imię, siostrzyczko? -zapytałem podkreślając ostatnie słowo nutką ironii.
-Iri.
-Mhm, nietypowe imię, nietypowo ładne. Idealnie do Ciebie pasuje, bo sama jesteś trochę nietypowa.
-No no, pod maską poważnego dowódcy kryje się czuły braciszek. To już kolejne komplementy, a ostatni takowy słyszałam.. nigdy.
-Mieliśmy złe relacje?
-Może nie złe tylko.. Hm.. Formalne. Raczej byliśmy zajęci utrudnieniem życia królowi, a rodzinne relacje zeszły na dalszy, w ogóle nie używany tor. Heh, dobrze wiedzieć, że w środku Ciebie siedzi troskliwy starszy brat, skoro pytasz o takie rzeczy.
-Jestem starszy? No proszę, coraz więcej szczegółów. Co z naszymi rodzicami?
-No i właśnie tutaj powoli zaczyna się cały wątek zabawy w rebeliantów. Ojciec był namiestnikiem u byłego króla. To były dobre czasy dla całego królestwa, Santian, król w tamtym okresie czasu dbał przede wszystkim o dobro swojego ludu. Nie był konfliktowy, nie szukał wojen, bo wiedział, że te tylko szkodzą. Niestety to szczęście nie trwało długo.
-Może coś podać?-Powiedział Bert chcąc nas obsłużyć.
-To co zawsze przyjacielu.-odpowiedziała Iri uroczyście się uśmiechając.
-Robi się, aha.. i miałbym jedną małą prośbę, a właściwie to prace. Wiesz o co chodzi.
-Możemy o tym pogadać, jak już będzie reszta załogi?
Reszta załogi, czyli jesteśmy drużyną. Widocznie dość lubianą.
-Jasne, nie ma problemu. Już przynoszę zamówienie.-ukłonił się jeszcze raz i odszedł na swoje stanowisko.
-Hmm, na czym to ja skończyłam?
-Że szczęście nie trwało długo.
-Nie trwało zbyt długo, bo król został zamordowany.
-Dlaczego? Po co mordować dobrego władcę?
-Aby dostać po nim koronę. Ktoś wrobił w to gówno ojca, w rezultacie został skazany na śmierć. Oczywiście on nie zabił króla, byli przyjaciółmi, którzy walczyli za ojczyznę.
-Więc kto wtedy zabił? Obecny król?
-No no, mimo tego, że niczego nie pamiętasz, to zachowujesz swoje bystre myślenie. Otóż to, obecny król - Gawiel. Ten nie interesuje się ludem, tym czy mają co włożyć do ust, przejmuje się wyłącznie swoją spiżarnią.
-Dlaczego ktoś taki dostał się do tronu? Przecież na pewno było widać jaki z niego skurwiel.
-Bo prawo było po jego stronie. Ojciec i Santian obalili z władzy jego rodzinę. Santian został królem, ojciec namiestnikiem, a Gawiel był praktycznie trzeci do tronu. Wyeliminował dwie pierwsze pozycje i tak oto teraz on rządzi.
-Ojciec nie żyje, a matka?
-Tak samo niestety.. Zanim padł wyrok, matka skutecznie utrudniała odnalezienie ojca. Ukrywała go jak to dobra, wierna żona. Niestety, ktoś zaufany wydał ojca, powieszono go razem z matką. Pewnie domyślasz się, kto mógł zdradzić.
-Hm, pewnie ktoś, komu również zależało na władzy. Zgaduje, że obecny namiestnik?
-No ładnie, jestem pod wrażeniem. Zwykle to mi zawsze zostawiałeś myślenie.
-Dzięki. Jak to się stało, że my żyjemy? Jakby nie patrzeć, to w świetle gównianego prawa jesteśmy dziećmi zdrajców.
-Pomogła nam osoba, która również zapłaciła za to życiem. Wuj Sentel. Gdy zrobiło się gorąco, matka schowała nas pod jego dachem. Jednakże, żołnierze szybko doszli na jego trop. Ścigali go, tak jak resztę naszej rodziny. Gawiel mimo tego, że jest okropnym królem, nie jest głupi. Wiedział, że musiał wyrwać chwasta z korzeniami.
-Proszę bardzo.-powiedział Bert zostawiając na naszym stoliku dwa kufle, po czym odszedł.
-W rezultacie tych polowań zostaliśmy tylko my, i wuj Hektor, który jest królem w sąsiednim królestwie. Obiecał, że gdy tylko upora się z swoją wojną na zachodzie to nam pomoże. Gawiel polował również na niego, ale nie udało mu się to. Sentel w ostatnich chwilach swojego życia spotkał się z Hektorem w stolicy na przystani. Przekazał mu nas i tak oto zostaliśmy uratowani. Odpłynęliśmy w porę.
-Dlaczego Sentel nie wsiadł z nami na statek?
-Nie zdarzył. Łowcy byli tak blisko, że czuliśmy na plecach ich wściekłe oddechy. W tamtym okresie niemal ciągle płakaliśmy. Dwójka dzieci, niewinnych dzieci dwojga uczciwych ludzi skazanych na śmierć. Gdy mieliśmy odpływać coś się zaplątało przy cumie. Wujaszek wyskoczył z statku, aby to naprawić. Przeciął sznur, który nas blokował i został ugodzony strzałą w serce. Łowcy go dopadli i dobili na naszych oczach.-mówiła już łamanym z żalu głosem, a we mnie wrzało.
-I teraz jesteśmy tutaj, mścimy się?
-Oczywiście. Nie jesteśmy też sami. Ludowi nie spodobało się działanie Gawiela już wtedy, a teraz są na niego mocno wkurzeni. Lud wrze, wiedzą, że gdzieś tam w świecie, jest zaginiona dwójka dzieci szlachetnego namiestnika, który na pewno nie dopuścił się zabójstwa. Już nawet nie króla, ale przyjaciela. Ludzie tylko czekają aż się ujawnimy, ale mamy jeszcze za mało sił. Jedynie Wschodnia Rubież jest na tę chwilę gotowa skoczyć za nami w ogień, Ale to jedynie rolnicy, handlarze i kowale. Nie mamy szans z wyszkolonymi żołnierzami. Gawiel, jakimś cudem wie, że jesteśmy gdzieś w królestwie, tylko jeszcze nie wie dokładnie gdzie. Ktoś mówi, ale nie dokładnie.
-Na chwilę obecną ile mamy sił?
-Mało. Stanowczo za mało. Nasza piątka, wierni ludzie i stara, była królewska gwardia, która odeszła po tamtym zamieszaniu. Właściwie to dezerterzy, ale potrafią walczyć i oczywiście nie odeszli z garnizonu z pustymi rękami.
-Co masz na myśli?
-Powiedzmy, że uszczuplili uzbrojenie w stolicy.
-Sprytnie. Może mogliby wyszkolić ludzi?
-Kiedy? To są rolnicy. Śpią nawet w butach, bo rano idą na pole.
-No tak, nie mamy wsparcia królestwa to musimy ciężej pracować. Czym się właściwie zajmujemy?
-Właściwie to drażnimy króla. Odbijamy karawany z towarami, wybijamy żołnierskie patrole, okradamy większe miasta..
-I Gawiel nie wie, gdzie możemy przebywać? Przecież to widać, że tutaj aktywność rebeliantów jest zdecydowanie większa, więc może wywnioskować gdzie nas szukać.
-Ale ja nie powiedziałam, że nie wie. To raczej my nie wiemy czy on wie. Wszystko jest możliwe. Być może już wojsko stoi za pastwiskiem i idzie tutaj. Jesteśmy praktycznie ślepi na jego działanie. Być może nas sobie ustawia, może nawet jesteśmy otoczeni przez jego oddziały. Ale jest też opcja, że po prostu nie wie. Wschodnia Rubież to nie jest jego jedyne zmartwienie. Ludzie w całym królestwie powoli mają go dość, w dodatku grozi mu wojna z Hektorem. W takiej sytuacji to właśnie on jest jego głównym problemem. Hektor ma armię, dobrze wyszkoloną, ma flotę, jest przygotowany na wybuch wojny. Jeżeli wybuchnie powstanie, Gawiel nie będzie się wahał i każe od razu wszystkich wybić. Tego też się ludzie boją i siedzą cicho.
-Rozumiem..-gadaliśmy już tak długo, że świeca wypaliła się do jednej trzeciej. W końcu coś wiedziałem. Nasza historia nie była jakoś kolorowa, ale takie wydarzenia kształtują charakter.-dlaczego Rubież? -jeszcze zapytałem.
-Ponieważ to stąd pochodził ojciec. Ludzie tutaj mieli sentyment, bo nasza rodzina od zawsze była szlachetna. Tutaj mamy większe poparcie.
-Hektor tak po prostu nas wypuścił?
-Jasne, że nie. Uciekliśmy. To był oczywiście Twój pomysł.
-Mój? To podobno Ty jesteś odpowiedzialna za myślenie.
-Ta funkcja przypadła mi dopiero wtedy, gdy już stanęliśmy na tej ziemi, a Ty nie wiedziałeś co robić dalej. Zawsze najlepiej całą odpowiedzialność zwalić na siostrę.
-W to Ci na pewno nie uwierzę. Hektor mimo tego chce nam pomóc?
-Był trochę zły, to jasne, ale rozumie nasz zapał, bo on też chce zemsty.
"W sumie wszystko trzyma się kupy i ma sens. Po prostu teraz gramy Gawielowi na nosie sprawiając mu drobne psikusy, a on nie może się tym zająć bo w powietrzu wisi wojna z mocnym przeciwnikiem. My czekamy na odpowiedni moment i wtedy uderzymy z całą siłą." -myślałem zapatrzony w świecę.
-A gdzie reszta, tej naszej "załogi"?
-Właśnie nie wiem, spodziewałam się, że się spóźnią, bo mają to w zwyczaju, ale dziś przechodzą samych siebie.
Wtedy drzwi do karczmy mocno trzasnęły, co spowodowało, że od razu zainteresowanie skierowało się w tamtą stronę. Wszedł facet. Cholernie wysoki i mocno umięśniony, sądząc bo szerokości jego barków. Stalowa, trochę wygnieciona i okurzona zbroja świadczyła o tym, że nie miał najlepszych przeżyć. Spojrzał w naszą stronę i uśmiechnął się tak szeroko, że widać było jego zęby. Radosny kawał chłopa zaczął powoli podchodzić w naszą stronę, trzymając w ręce worek zabarwiony od dołu na czerwono.
-No nie śmiej się tak idioto, tylko chodź tu szybko!- zawrzeszczała Iri wstając z krzesła. Dopiero teraz zauważyłem, że do sali przybyło kilku klientów.
-No już nie krzycz, aniele, bo to piękności szkodzi.-powiedział radosnym głosem nowy przybysz, który już podszedł do stolika.-Ooo, widzę, że Twoja misja solo zakończyła się powodzeniem! No co jest Dave? Nie przywitasz się?
-No właśnie nie do końca takim powodzeniem..-odpowiedziała mu ponurym głosem.
-Hmm? Co to znaczy?-zapytał gość po czym spojrzał na mnie i bacznie się przyglądał.-dlaczego on ma taką głupią minę?
-Bo nic nie pamięta. Spóźniłam się. Może jakiś cholerny mag mu wyczyścił pamięć, albo po prostu o coś porządnie rąbnął.
-Obstawiam drugą wersję. Dave jest za cwany, żeby tak po prostu dać się zaskoczyć magowi. Przecież był z nim Barry, jak to się stało? Gdzie on w ogóle jest?
-Właśnie też nie mam pojęcia, ale mam nadzieję, że zjawi się tutaj bo mam ochotę poszczuć go wilkorem.
-Widzę, że długo już gadacie, wspominałaś mu historię rodziny?
-Tak, wspomniała, ale niczego sobie i tak nie przypominam. Pamiętajcie łaskawie, że siedzę tuż obok. Kto to jest Barry wyjaśni mi to ktoś?
-Ho Ho! Zapomniał o wszystkim, ale najwidoczniej pamięta jak się mówi! Tylko ten ton mi nie pasuje.. Stary Dave był wiecznie wkurzony i wiecznie niezadowolony. Tak samo jak Iri.
-A myślisz, że teraz jestem zadowolony?-odpowiedziałem już trochę bardziej nerwowo piorunując go spojrzeniem.
-No, w końcu znajomy ton, zaczynasz mówić jak dawniej.-Wygodnie się rozsiadł na krześle obok Iri i położył na stole duży wór z czerwoną barwą. -a tak na marginesie to przepraszam za spóźnienie, coś mnie zatrzymało.
-Widać, że zbroja znowu miała test wytrzymałości. Co masz w worku?
-Zgadnij, lubię patrzeć Ci w oczy kiedy myślisz, wyglądasz wtedy bardziej inteligentnie niż zwykle.
Poczułem się trochę nieswojo, bo chyba zaczął podrywać dziewczynę, która dopiero miałem na oku. A raczej dlatego, że podrywa moją siostrę.
-Znając Ciebie, to wziąłeś sobie małą pamiątkę jako trofeum.
-Ty to wiesz co ja lubię najbardziej. Chcesz zobaczyć co tam mam?
Iri nawet nie odpowiedziała tylko od razu pociągnęła wór w swoją stronę i zajrzała do środka.
-Centaury? Czego one od Ciebie chciały?
-Mnie też to właśnie zastanawiało, myślałem, że chcą się zapytać o drogę, a tutaj taka przykra niespodzianka.. Odpowiedź na pytanie znalazłem, gdy już przeszukiwałem ich truchła.-i teraz wyciągnął jakiś papier, dość zniszczony. Ja tylko siedziałem i słuchałem ich rozmowy starając się wszystko zrozumieć. Iri wzięła kartkę do ręki i zaczęła czytać.
-List gończy? Martin?
-Otóż to, list gończy na całą naszą ekipę. Wiesz, kto jeszcze dostał takie oferty zabójstwa zdrajców ojczyzny? Wszystkie rozumne stworzenia. Orki, elfy, wampiry, centaury, krasnoludy, a nawet syreny i inne dziwactwa, których świat jeszcze nie widział.
-A więc to tak Gawiel zamierza nas czymś tymczasowo zająć, teraz może się spokojnie skupić na przygotowaniach do wojny jak już znalazł nam zajęcie.-odpowiedziałem, bo już było mi głupio gdy tak siedziałem i milczałem.
-Na to wygląda.-rzekł Martin.-jedynym problemem były by wampiry i syreny.
-Na wampiry mamy swoje sposoby, a jeżeli chodzi o syreny to wystarczy się nie zbliżać do morza.-odpowiedziała stanowczo Iri stawiając sprawę jasno.
-No ale wiesz jaką mam słabość do mokrych dziewczyn.
Iri tylko przewróciła oczami żałując, że na ten moment miała dobry słuch, a ja chcąc nie chcąc uśmiechnąłem się pod nosem.
-Trzymamy się zdała od morza. Koniec problemu. Chcesz, to sobie idź na swoje podboje, byłbyś później nie miał do mnie żalu, że ryby lubią inne zabawy.
-Oj no aniele przecież sobie tylko żartowałem. Wszyscy wiemy, że syreny gdy tylko mają okazję, pokrywają marynarzy na dno morza i "konsumują" związek, w bardzo dosłownym znaczeniu.
-Dobra już, zejdźmy już z tego tematu. Hmm, te listy gończe mogą być odpowiedzią na pytanie dlaczego Barry i Shen się spóźniają.-odpowiedziała Iri wspierając głowę na dłoniach wyraźnie zmęczona.
-Nawet gdyby ich zaatakowali, to dobrze wiesz, że poradzili by sobie sami.
Drzwi do knajpy się otworzyły i wszedł facet w czarnej, długiej szacie. Łysy z blizną nad lewym okiem i twarzą zasłoniętą do ust chustą.
-Jest i Shen. Mówiłem, że sobie na pewno poradził.-powiedział Martin przeciągając się na krześle.
Nowy gość w ciszy doszedł do stoliku, zajął miejsce obok Martina i przez krótką chwilę siedział wpatrzony w świece.
-Wiecie co mnie spotkało po drodze?-w końcu się odezwał, a w głosie było słychać nutkę irytacji.
-Niech zgadnę, centaury?-odpowiedziałem starając się uprzedzić fakty.
-Nie. Elfy.-a jego głos dalej był przepełniony niezadowoleniem.
-Ale widzę, że dałeś sobie radę?-spytała siostra próbując go skłonić do jakichkolwiek szczegółów.
-Nawet mnie nie dotknęli. Idę sobie spokojniej niż zwykle, aż tu nagle wyskakuje ta banda kwiato-wąchaczy od razu celując do mnie swoimi zatrutymi strzałami. Wiecie, że nie lubię, kiedy mi się grozi bez słowa wyjaśnienia, a zwłaszcza kiedy robią to elfy.
-Zgaduje, że chwilę później żałowali swojej decyzji?-odpowiedział Martin.
-Zapewne jak się domyślasz kompanie, po chwili nie było czego zbierać. Potrafią tylko strzelać z ukrycia, skakać po drzewach i gapić się godzinami w gwiazdy. Żadna inna rasa nie wkurza mnie tak jak oni..
-Pamiętaj o goblinach. Może i są prymitywne, ale jak te kurduple zaczną biegać wokół Ciebie wrzeszcząc tak, że uszy więdną, to dopiero dostaniesz szału.-Dalej mu odpowiada Martin. Widać, że oni się dobrze razem dogadają.
-A daj mi spokój. Normalnie nie mogłem sobie wymarzyć lepszego końca dnia niż skakanie po drzewach za bandą tchórzy.
-Nie widziałeś nigdzie Barrego?-wtrąciła się Iri.
-Byłem zbyt zajęty na wypatrywanie kolejnego tchórza zabijającego z ukrycia, jakim jest Barry.
-Powiedział skrytobójca zabijający z ukrycia. Chcę wiedzieć gdzie on jest, bo musimy przegadać z nim jedną kwestię.
-Chyba nie jestem w temacie, oświecisz mnie?
-Dave stracił pamięć.
Shen spojrzał na mnie, dokładnie przeanalizował moje zachowanie, reakcje i patrzył głęboko w oczy chcąc zajrzeć do mojej duszy.
-Świetnie, to by wyjaśniało dlaczego zaszczyca nas ciszą. Głupia mina bardziej niż zwykle też już daje się wyjaśnić. Wy to wiecie jak mi poprawić humor po ciężkim wieczorze. A co Barry ma z tym wspólnego?
-To był ich patrol, byli razem, jestem ciekaw dlaczego Dave'owi się oberwało, a Barry wychodzi bez szwanku. Złożył mi tylko raport że Dave zniknął i tyle go widziałam. Powiedział tylko, że musi coś jeszcze załatwić i po prostu zniknął.
-Myślisz, że to jego sprawka?
-Na pewno ma w tym swoją winę, bo go nie ubezpieczał. Znacie zasady, gdy jesteśmy na patrolu mamy oczy szeroko otwarte i asekurujemy się nawzajem, a ten nawet nie dał słowa wyjaśnienia. Tylko powiedział, że Dave zniknął.-już całkiem wkurzyła się Iri, ale po chwili się uspokoiła. Była zbyt zmęczona żeby gniewać się przez dłuższy czas.
-Wszyscy jesteśmy zmęczeni, może pójdziemy już spać? Odpoczynek dobrze nam zrobi.-zaproponowałem sądząc, że to najlepsze rozwiązanie. Shen tylko na mnie popatrzył swoimi zielonymi oczami. -Nie zawsze to robię, a właściwie to nigdy, ale przyznaje mu rację. Chyba jedynie Martin jest w dobrym humorze, jak zawsze.-odpowiedział skrytobójca.
-Nie. Musimy czekać na Barrego. Nigdy nie odpuścił żadnego naszych spotkań.-stanowczo skończyła Iri.
-Aniele, przecież widać, że tylko marzysz o dobrym głębokim śnie.-odpowiedział przedmówca.
"Rozumiem, że Martin jej mówi "aniele", on to robi dla zgrywu, ale Shen? On mi nie wygląda na tak rozrywkowego."
-Powiedziałam nie. Choćbym miała tutaj zasnąć będę na niego czekać. Jeżeli chcecie to proszę, idźcie już.
-Nie zostawimy naszej gwiazdeczki samej.-odezwał się wreszcie Martin szeroko się do niej uśmiechając.
-Dzięki, zwykle można na Was liczyć.
Po chwili ciszy przy naszym stoliku i kilku głośnych rozmów w knajpie otworzyły się drzwi, przez które wszedł facet. Od razu wiedziałem, że jest częścią naszej drużyny, w końcu nie każdy chodzi na co dzień z czarnym łukiem w ręce i kołczanem pełnych strzał na plecach. Od razu popatrzył w naszą stronę stronę, więc wiedział czego szukać. Oczywiście Iri od samego początku rzucała w niego gniewnymi spojrzeniami, więc to na pewno niejaki Barry.
-Gdzie byłeś?-zapytała siostra.
-Nawet jeszcze dobrze nie doszedłem do naszego stołu, a tu już jestem częstowany surowym głosem.-odpowiedział Barry zajmując miejsce między mną a Iri.-ani jednego miłego słówka "hej Barry, co tak długo, nic się nie stało po drodze?".
-Gówno mnie obchodzi co się działo u Ciebie po drodze. Chcę wiedzieć co się stało na Waszym patrolu.
-Aniele, spokojnie, jest zmęczony tak samo jak my. Wiesz przecież, że jak on jest zmęczony to jest strasznie upierdliwy.-wtrącił się Martin.
-Mam to gdzieś. Chcę wyjaśnień.-ciągnęła dalej Iri nie spuszczając spojrzenia z Barrego.
-A nie możemy o tym pogadać na osobności? Głupio mi tak przed chłopakami..
-Nie. Masz to powiedzieć tu i teraz. Kazałeś nam tyle czekać, aż się łaskawie zjawisz, więc teraz gadaj. Problem dotyczy całej drużyny, a problemy całej drużyny rozwiązujemy przy całej drużynie. Nie mamy przed sobą żadnych tajemnic. Wszyscy słuchamy z zapartym tchem.-w końcu przestała mówić pozwalając sobie na głębszy oddech. Jeszcze tylko oparła głowę na swojej pięści dla podkreślenia zniecierpliwienia.
-Dobrze już dobrze. Byliśmy razem na granicy, tam gdzie zawsze wysyłamy patrole. Było cicho, spokojnie, a najciekawsza rzecz jaka się wtedy zdarzyła to ptak brudzący mi strój. Sami zgadnijcie czym.
-Konkrety..-znowu się wtrąciła pokazując swoją frustrację.
-Jeny przecież nic złego się nie stało, widzę, że Dave jest tutaj cały i zdrowy. On też może Ci powiedzieć jak to było,bo sam jestem ciekaw w ilu musieli wpaść żeby go pojmać.
-No wyobraź sobie, że tak się złożyło, że nie może powiedzieć.-odpowiedziała mu kończąc wypowiedź słodkim ironicznym uśmiechem.
-Dave stracił pamięć i teraz jest głupi jak but.-wyjaśnił wszystko Shen.
-Dzięki za trafne porównanie.-podziękowałem co najmniej nieuprzejmym tonem.
-Nie ma za co.
-Zaraz zaraz, jak to nic nie pamięta?
-Po prostu. Mów dlaczego opuściłeś stanowisko. Masz jego pamięć na swoim sumieniu.
-No dobra.. Tak więc kiedy cholerny ptak mnie udekorował na swój sposób, poszedłem to z siebie zmyć i przy okazji pójść za głosem potrzeby natury. Nie było mnie tylko chwilę, a jak już wróciłem, to Dave'a nie było.
-Czy ja dobrze rozumiem? Zostawiłeś swoje stanowisko na nigdy niepewnym terenie, bo ptak pokazał Ci, że ma Cię gdzieś i zachciało Ci się lać?!-No i w końcu limit jej cierpliwości i tolerancji dla kretynizmu na dziś został wyczerpany.-Przez Ciebie nasze siły są teraz znacznie uszczuplone! Teraz nie możemy ruszyć na żadną konkretniejszą akcje, bo jesteś jak dziecko!-gdy Barry słuchał swojego kazania reszta chłopaków subtelnie śmiała się pod nosem.
-Nie jesteś facetem, nie będę Ci się tłumaczył.
Walnęła pięścią w stół po czym wstała, szybko wyjęła kolejne czarne pióro i przytknęła mu je do szyi.
-Jeszcze raz spróbuj podważyć mój autorytet, a ozdobie Cię dużo bardziej atrakcyjnie na swój sposób od tamtego cholernego ptaka.-zaczęła mu stanowczo grozić subtelnie przekuwając jego skórę.
Biedny Barry nawet nie zdążył zareagować i już został kompletnie rozbrojony. Zapewne najbardziej bolał go fakt, że to dziewczyna go tak załatwiła. Iri była w pozycji lekko wypiętej, a ten fakt nie umknął oczywiście do tej pory zanudzonemu Martin'owi, który postanowił popatrzeć na jeden z jej atutów. Fakt, że gapi się na moją siostrę bardzo mi się nie spodobał.
-Ekhem..-teatralnie spróbowałem go upomnieć, a raczej dać do zrozumienia, że to zachowanie mi się nie podoba, ale tylko Iri na to zareagowała. Popatrzyła na mnie, a następnie powędrowała swoją uwagą za moim spojrzeniem i w ten sposób natrafiła na Martina. Zamknęła oczy i głęboko westchnęła. W końcu popatrzyła na niego nie zmieniając swojej pozycji i uroczo się uśmiechnęła.
-Martin?-zaczepiła go swoim słodkim głosem.
-Taaaaak?
-Jeżeli w ciągu piecu sekund nie przestaniesz się gapić, to Cię wykastruje. Tylko nie myśl sobie, że w taki prosty sposób, jaki Ci teraz pewnie przyszedł do głowy. Najpierw dobiorę Ci się do tyłka, i stamtąd znajdę najdłuższą, najbardziej nieprzyjemną drogę.
Martin popatrzył na Iri, po czym się uśmiechnął jak to ma w zwyczaju.
-Grozisz czy obiecujesz?-zapytał mając w oczach iskierki zaciekawienia. Cała reszta przy stole skupiła się właśnie na ich rozmowie.
-Popatrz tam jeszcze raz to się przekonasz.-Iri i ten jej słodki ironiczny uśmiech. To mogłaby być jej największa broń. Martin nie zmienił swojego uśmiechu, ale najwidoczniej przyjął sobie jej groźby do serca, bo już nie odważył się popatrzeć, gdyż wiedział, że Iri rzadko kiedy tylko grozi.
-W porządku, popatrzę sobie tam. W tamtym kierunku przynajmniej nie grozi mi uszczerbek na zdrowiu.-odwrócił się Martin w zupełnie przeciwną stronę, a ja z Shen'em zaczęliśmy się śmiać. Tylko biedny Barry nie miał większych powodów do radości. Iri mimo tego, że jest w gronie samych mężczyzn świetnie sobie radzi i potrafi każdego przywołać do porządku.
-Nie myśl sobie, że to już koniec Twoich problemów.-wróciła do Barrego.-Teraz idziemy spać. Na jutro wszyscy mają być w dobrej kondycji, macie nie balować do późna, bo już ja znajdę na Was sposób, żebyście byli gotowi na każdy mój rozkaz. A dla Ciebie wymyślę jakąś odpowiednią karę.-skończyła swoją wypowiedź ostatnia część kierując do Barrego. -A my, Dave, musimy jeszcze pogadać. Zaprowadzę Cię do pokoju.
-Chciałbym trafić z Tobą do pokoju na rozmowę..-jeszcze powiedział Martin zaczepiając Iri. Jak zawsze się uśmiechnęła po czym walnęła go worem z jego trofeum po głowie tak, że spadł na ziemię razem z krzesłem. Sala wypełniła się śmiechem a mnie znowu zaczęła ciągnąć za nadgarstek. Może chciała to ukryć, ale widziałem, że ta sytuacja ją rozbawiła. Szczery uśmiech jest jej największą ozdobą. Zapewne też niezwykle rzadko spotykaną. Opuszczamy sale słysząc na samym końcu najgłośniejszy ze wszystkich śmiech, oczywiście należał do Martina.
-Bardzo zmęczona?
-Przywykłam do tego. Martin jest jaki jest, ale więcej z niego pożytku niż szkody.
-To o czym chciałaś pogadać?
-Jako że jesteś teraz bezradny jak dziecko, to wpadłam na genialny pomysł. Jutro zaczynasz trening. Z samego rana.
-Brzmi zachęcająco..-powiedziałem, że żałując w tym zdaniu ironii.-A kto będzie moim nauczycielem?
-Martin.
-Serio? On? Przecież mógłby mnie zgnieść.
-To będzie trening, a nie walka na śmierć i życie. Poza tym, jego zbroję damy Barry'emu. Naprawi ją i to będzie początek jego kary.
-Naprawa zbroi? Zaczynasz łagodnie.
-A widziałeś jaka ta zbroja jest wielka i ile ma uszkodzeń?
-Racja, będzie miał trochę pracy przy niej.
W końcu doszliśmy do mojego pokoju, Iri miała klucz do drzwi, nawet nie zapytałem skąd ona je ma. Nie zdziwił bym się, gdyby miała klucze do pokoi reszty załogi. Weszliśmy do środka i automatycznie powędrowałem w Stone łóżka, oczywiście od razu padłem na nie jak kłoda. Iri w tym czasie zamknęła drzwi i przysiadła niedaleko mnie.
-Posłuchaj, doszłam do wniosku, że nie będę zgadywać co Cię interesuje jeżeli chodzi o wyjaśnienia. Jeżeli chcesz czegoś się dowiedzieć, po prostu pytaj.
Przekręciłem się na plecy i po chwili zastanowienia w końcu wpadło mi jakieś pytanie do głowy. O ironio, jeszcze parę godzin temu miałem ich tysiące, a teraz muszę się zastanowić, żeby chociaż jedno wymyślić.
-Właściwie to dlaczego oni nam pomagają? Martin, Shen i Barry?
-Bo też zostali pokrzywdzeni przez Gawiela. Każdy z nich ma za sobą równie ciężką historię jak my. Jesteśmy po prostu podobni i wszyscy chcemy śmierci Gawiela.
-Jacy oni w ogóle są? Dobrze się dogadywałem z każdym?
-A więc tak, z Martinem to nikt nie ma problemów, jeżeli chodzi o dobre relacje. Ciężko go wkrurzyć i sprowokować. Taki wieczny wesołek. Choćby sytuacja wyglądała strasznie beznadziejna, on zawsze będzie wszystkim poprawiał humor. Shen jest formalny. Zdarza mu się jednak uśmiechnąć i powiedzieć coś zabawnego. Nawet on uważa nas za swoją rodzinę. Tobie było ciężko się z nim dogadać, po prostu nie przepadacie za sobą.
-No fakt, to było widać.
-Ale spokojnie, kiedy jest potrzebny zawsze się zjawi. To taki melancholik, może sam nawet zauważyłeś, że jego dzisiejsza złość była nieco przytłumiona. Jeżeli chodzi o Barrego, to szczerze mówiąc jest nieodpowiedzialny.
-Masz na myśli nie tylko tamten patrol?
-Parę razy zdarzało mu się czegoś zapomnieć, coś przekręcić, albo po prostu zjawić się w ostatniej chwili. W gruncie rzeczy to dobry żołnierz. Chyba najlepszy łucznik jakiego widziałam. Właśnie przez jego profesje Shen go nie lubi. Barry cały czas chowa się na drzewie, albo w innych krzakach i z ukrycia zabija. Nikt nie lubi łuczników, bo to po prostu tchórze.
-Zalatuje hipokryzją, Shen to skrytobójca, czyli też przez większość czasu siedzi w ukryciu.
-Z tą różnicą, że skrytobójca jednak na koniec wychodzi do przeciwnika na bliską konferencję.
-Co jest jego bronią? Ty masz dziwny miecz, Martin ma dziwnie wielki miecz, Barry łuk, a Shen? Nigdzie u niego nie widziałem jakiejś broni.
W sumie to warto by też wiedzieć, czym ja walczyłem?
-Shen swój arsenał chowa pod płaszczem. Niezliczone ilości noży, sztyletów, ze dwa mniejsze miecze i stalowe szpony przymocowane do nadgarstka. Sama nigdy nie widziałam wszystkich jego broni. A Ty braciszku jesteś lansjerem.
-Lansjerem?
-No wiesz, taki długi patyk jak włócznia, tyle że masz na obu końcach ostrza. To Twoja broń.
-Wiem co to jest. Tylko spodziewałem się, że też będę się posługiwał mieczem. Dobry byłem?
-Najlepszy.-krótko opowiedziała przy czym położyła się na łóżku.-Na miejscu gdzie zniknąłeś znalazłam Twoją broń. Od razu wiedziałam, że coś jest nie tak. Jutro Ci ją pokażę.
-Skąd wiedziałaś gdzie mnie szukać?
-Dopiero po jakimś czasie zorientowałam się, że niedaleko jest stary nieużywany posterunek. Warto było spróbować tam zaglądnąć. Moja kobieca intuicja jeszcze nigdy mnie nie zawiodła.
-No dobra, to chyba jak na razie tyle, Iri. Idź już spać bo widać jaka jesteś padnięta.-i nawet tego nie ukrywała jakoś specjalnie. Prawie zasypiała na moim łóżku.
-Więc to tak jest mieć troskliwego brata.. Całkiem miło. Cholera..
-Co się stało?
-Zapomniałam, że Bart miał do nas jakąś sprawę..
-E tam, nie przejmuj się, jutro też jest dzień. W obecnej kondycji umysłowej i tak byś pewnie mało zrozumiała.
-No jeszcze trochę i sobie pomyślę, że odprowadzisz młodszą siostrę do pokoju, żeby nic się jej nie stało po drodze.
-Jesteś dużą dziewczynką, dasz sobie radę.
-Oh, wracamy do przeszłości.
-No przecież żartowałem, trochę mi głupio, że mieliśmy takie słabe relacje. Chciałbym to naprawić.
-No początek miałeś dobry jak próbowałeś mnie poderwać. -odpowiedziała przy czym znowu się szczerze zaśmiała.
-A kto Cię później ostrzegł o tym, że Martin Ci się gapi?
-Noo dobrze, nie wzięłam tego pod uwagę. Znowu jesteś jak ten miły brat, którego mi brakowało.
-Iri..-podniosłem się do pionu i popatrzyłem jej prosto w oczy-Przepraszam Cię za te lata, w których nie okazywałem Ci należnego wsparcia i troski, nie chodzi mi tutaj o jakieś relacje przełożony-podwładny. Obiecuję, że wszystko naprawimy. Od teraz zaczynamy korzystać z tamtego starego nieużywanego toru.
Przez chwilę patrzyliśmy sobie w oczy aż po chwili po prostu wstała i zaczęła iść w stronę drzwi. Dopiero gdy już je otworzyła popatrzyła na mnie.
-Zaczynasz pieprzyć, Dave. Nie zapominaj, że jesteś tutaj kimś więcej niż bratem. Masz większe zmartwienia na głowie. Jesteś przywódcą rebelii, skup się na tym.
-Właściwie to dlaczego ja, a nie Ty? Zwłaszcza teraz? Kiedy jestem.. niedysponowany do tej funkcji?
-Właściwie..-oparła się lekko na drzwiach i zaczęła myśleć.-Wcześniej to było tak, że najważniejsze decyzje podejmowałeś Ty, Ty wysyłałeś chłopaków na patrole w strategiczne miejsca, ale teraz..
-Byłoby lepiej, gdybyś Ty teraz sprawiała tę funkcję. Myślę, że reszta nie będzie miała nic przeciwko.
-W porządku. Podejmę się. Tylko jest jedno "ale", mianowicie chodzi o to, że Twoja dysfunkcja nie może się wydać. Ludzie od razu zaczną gadać i wątpić. Rozumiesz? Nie mogą się dowiedzieć.
Miała rację. Nasz układ musiał pozostać tylko w obrębach naszej drużyny. Tak będzie po prostu lepiej. Może i moje myślenie działa w miarę dobrze, ale zupełnie nie w temacie. Iri będzie lepszym przywódcą ode mnie.
-No to chyba wszystko wyjaśnione. Pamiętaj o treningu rano, o Martina się nie martw, już ja go postawie na nogi. Śpij dobrze bracie.
I po prostu wyszła, nie czekała na moją odpowiedź. A więc tak się kończy pierwszy dzień. Bardzo ciekawie, aż boję się pomyśleć, co będzie jutro.

Za błędy stylistyczne i interpunkcyjne przepraszam, jest już późno i sen zaczyna wygrywać walkę :v
Komentarze mile widziane!
Pozdrowienia :v


Wymiana linkami: cs-hax.comLamernialamernia/a> •